środa, 28 grudnia 2011
Kindelek!

Tegoroczne Dzieciątko nieźle mnie zaskoczyło - znalazłam bowiem pod choinką elektroniczny czytnik książek Kindle. Nie powiem, czytałam już o jego zaletach i wadach, kokietowałam z myślą jego kupna, ale pozostawałam sceptyczna. Bo przecież nie ma jak tradycyjna książka, bo co mi taki drogi gadżet? Ale Nino Jesus postanowił jednak wziąść sprawę w swoje ręce i postawił mnie przed faktem dokonanym! 

Muszę powiedzieć, że z miejsca mój nowy Kindelek (wiem, infantylne spolszczenie, ale mi się podoba) mnie oczarował. Oczywiście, że nigdy nie przestanę czytać tradycyjnych książek, już choćby dlatego, że mam ich multum na półkach czekajacych na swoją kolej, a poza tym kocham czytać po polsku, zaś oferta współczesnej literatury pięknej w tym języku na e-bookach jest bardzo mała. Tym niemniej nowe możliwości gadżetu bardzo mi przypadły do gustu. Przede wszystkim rewelacyjnie czyta się po angielsku - pomaga interaktywny słownik, który automatycznie wyświetla definicję słówka po najechaniu na niego kursorem. Fantastyczna oszczędność czasu i wielka pomoc w czytaniu w obcym języku! Mam też ściągnięty (słowniki są za darmo) słownik hiszpański i na pewno wkrótce wypróbuję. Poza tym rzecz jest leciutka, doskonała np. do noszenia w torebce lub czytania w łóżku, gdzie wielke dzieła w twardych okładkach są dość niewygodne w trzymaniu. Eletroniczny tusz czyta się zupełnie tak samo jak prawdziwy. Wrażenie czytania papierowej książki jest tak silne, że kilka razy uczyniłam podświadomy gest, jakbym chciała odwrócić stronicę. A tu przecież trzeba klikać położony z boku, wygodny guzik. Poza tym nie przestaje mnie zaskakiwać, że potrzebuję zewnętrznego źródła światła, żeby czytać. Bo przecież trzymam w ręku elektroniczny gadżet, a tu ekran nie świeci... Tak trochę paradoksalne wrażenia mam na razie, a na pewno szybko się przyzwyczaję.

Wielką zaletą jest też dla mnie, że można skonwertować na format kindle dokumenty pdf czy inne ebooki, a nawet strony internetowe. Ściągnęłam już sobie sporo darmowej klasyki, a Chiquito przekonwertował mi obecny w sieci Duży Format. Niestety pisma pełne ilustracji, takie jak Archipelag, nie za bardzo się na kindle nadają, albo raczej wcale. Szkoda, bo jakość czytania jest nieporównywalna z komputerem. Na ekranie kompa przeszkadza mi nie tylko zmęczenie oczu, ale przede wszystkim przy permanentnie włączonym internecie trudno mi skupić uwagę na jednym tekście na dłużej... Co chwila pojawia się natręctwo, żeby skoczyć na fb, na email, a stamtąd już się klika dalej i zapomina, co się przed chwilą czytało. Na szczęście, choć kindle można podłączyć do wi-fi, przeglądanie internetu jest na nim mało wygodne. Można w pełni skupić się na czytaniu!

Częścią prezentu były oczywiście też książki: od Chiquita otrzymałam Ciao, America!: An Italian Discovers the U.S. włoskiego autora Beppe Severgnini. A od teściów najnowszego Murakamiego, 1Q84. Przeraża mnie tylko objętość tej książki, na szczeście na kindle'u grubość książki jest rzeczą nieco mniej widoczną:). Sama zaś zaprenumerowałam sobie Politykę! Tak, ku memu zaskoczeniu odnalazłam na amazonie polską gazetę, którą dawno temu czytywałam w latach studenckich. Wersja na kindlejest dobrze zrobiona, są nawet zdjęcia i obrazki (choć na pewno dużo mniej niż w wydaniu papierowym), a koszt jest na tyle niewielki (4 dolary miesięcznie), ze myślę, że warto, nawet jeśli czasu mi starczy na czytanie tylko działu kultura,  Z polskiej prasy jest dostępna jeszcze tylko Wyborcza, którą bym może też wzięła, ale jak się doczytałam, że wersja kindelkowa jest bez Dużego Formatu i Wysokich Obcasów, to stwierdziłam, że się mogą wypchać. Będę sobie ściągała na kindle to, co jest w necie.

Zdaje się, że dzięki technologii nareszcie po latach będę bardziej na bieżąco z polską rzeczywostością! I nie tylko, bo rozważam prenumeratę Times Literary Suplement albo The New York Review of Books. Trochę mi się od tego "postępu" kręci w głowie - kto by przypuszczał, jeszcze przed paru laty, że zdradzę tradycyjne książki z czytnikiem... Lecz cóż, stało się i na razie cieszę bardzo.

Tagi: kindle
18:45, la_polaquita
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 19 września 2011
Do poduszki

mini kolysankiOd kilku miesięcy Fri bardzo lubi czytanie na dobranoc. Bez tego nie zaśnie! Wcześniej też oczywiście lubiła książeczki, ale nie chciała słuchać żadnego czytanego tekstu, tylko oglądać obrazki, pokazywać i nazywać ich elementy. Nie dało się jej przeczytać nawet dwuwersowego wierszyka. Ale mniej więcej od wieku 1,5 roku zaczęło się to powoli zmieniać. Pierwszą książeczką, którą polubiła, był dodatek do urokliwej płyty Aidy Kosojan Przybysz pt. Mini mini kołysanki.

Znajdują się w nim teksty wierszowanych bajek, autorstwa piosenkarki, które czytane są też na końcu płyty. Dzięki temu, że słuchamy jej co wieczór, nauczyłam się ich, nie wiedzieć kiedy, na pamięć, a potem sama zaczęłam szeptać Fri do uszka. Traktują przede wszystkim o zwierzątkach: zającu, który chciał zrobić parapetówkę, a zaproszeni goście roznieśli mu domek w strzępy, pani musze, która tak się najadła, że dostała bólu brzucha, samotniku panu Ślimaczku i innych sympatycznych bohaterach. Są rytmiczne i stwarzają duże możliwości modulacji głosu.

Zauważyłam bowiem, że bardzo wiele zależy od sposobu, w jakim napisany jest dana książeczka. Fri w czytanym tekście na pewno rozpoznaje sporo słówek, ale nie sądzę by rozumiała wątek przyczynowo-skutkowy opowieści. Atrakcyjne są dla niej obrazki oraz melodia tekstu, zmiany barwy głosu, po prostu bawienie się mamy w aktorkę:).

Tagi: dla dzieci
23:38, la_polaquita , dla dzieci
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011
Nieprzespane noce z książką

Miałam szczęście, że ostatnio wpadały mi w ręce same dobre książki. Przede wszystkim dwie świetne powieści graficzne: Blankets Craiga Thompsona i Klezmer. Droga na wschód Joanna Sfara.

blanketsBlankets, wydana jest po polsku pod tutyłem Blankets. Pod śnieżną kołderką, który mi się nie podoba, po co to zdrobnienie? Sugeruje pewną infantylność, a powieść Thompsona, choć traktuje o dzieciństwie autora, infantylna nie jest absolutnie. Znacznie bardziej podoba mi się czeski przekład (w tym języku ją czytałam), Pod dekou - Pod kocem.

Tę powieść graficzną pochłonęłam jednym tchem. Autor opowiada w niej o swoim raczej nieszczęśliwym dzieciństwie na prowincji stanu Wisconsin, gdzie panują mroźne, okrutne zimy, a ludzie bywają aż fanatycznie pobożni. To książka zaskakująco szczera, pełna smutku i melancholii, rysowana prostą, czarnobiałą kreską, gdzie rzeczywistość to przede wszystkim połacie białego śniegu, a sny bohaterów to fantastyczne arabeski. Czytałam, płakałam, utożsamiałam się z bohaterem, bo ja też, tak samo jak on, wspominam podstawówkę jako nieustający koszmar, i tak samo przeszłam przez fazę wielkiej, narzuconej sobie pobożności, by potem odrzucić wiarę jak pustą wydmuszkę. Blankets to doskonałe rozliczenie ze smutkami dzieciństwa i podziwiam Craiga Thompsona za odwagę, z którą przemienił własne traumy w opowieść. Myślę, że po dopisaniu tej książki musiał poczuć dużą ulgę. I radość, bo odniosła ona ogromny sukces.

blankets

blankets

klezmerKomiks Klezmer. Droga na Wschód przeczytałam w jedną noc. W stylu jest zupełnie inny niż Blankets, obrazki są niemal impresjonistyczne, mienią się barwami, konturu jest mało, zastępują go rozigrane akwarelowe plamy. A poza tym autorowi udała się nielicha rzecz: do powieści, która operuje przecież obrazem, a nie dźwiękiem, wplótł żydowską muzykę, i to tak, że niemal się ją słyszy! Po przeczytaniu tej książki słuchanie muzyki klezmer jest niemal obowiązkowe. Zresztą autor, potomek muzykantów i sam muzykant, na końcu książki podaje swoje inspiracje, m.in. Amsterdam Klezmer band, Maxwell Street Klezmer Band, Moshe Leiser i inni (zabieram się do ściągania!).

Bohaterowie książki, twardziel klarnecista Noe Dawidowicz, co to z niejednego pieca chleb jadał, śpiewaczka Hava, która uciekła z domu przed niechcianym ślubem, wyrzucony z jesziwy skrzypek Vincenzo, uczeń rabina Yaacov, uważany za "cudowne dziecko" (który jako jedyny nie ma słuchu i brzdąka na bałałajce) oraz uratowany od stryczka cygan Czokola, świetny gitarzysta, wędrują przez zimną i niegościnną Rosję początku XX w, by swym graniem i śpiewaniem zarobić na chleb. Spotykają ich przy tym niekiedy dość brutalne przygody, a muzyka towarzyszy niemal przy każdym kroku, łącząc ich znacznie silniej niż zwykła przyjaźń. Droga na Wschód to pierwszy tom trzyczęściowego cyklu, koniecznie muszę dorwać po angielsku na amazonie resztę.

klezmer

Dusiva nocZbiorek Dusiva noc (Duszna noc). Współczesne opowiadania bengalskie raczej nigdy nie dostanie się do rąk polskiego czytelnika, ale poszczególni jego autorzy być może tak, dlatego tu o nim piszę. Książkę, podobnie jak dwie powyższe powieści graficzne, wypożyczyłam z biblioteki na zasadzie impulsu, na pewno zainspirowana niedawnymi reportażami Chihiro z jej podróży do Bangladeszu. Jest to zbiór opowiadań wielu współczesnych autorów bengalskich, trudno mi powiedzieć na ile reprezentacyjny, ale na pewno przedstawia bardzo ciekawe pisarskie osobowości oraz niezwykły wycinek bangladeskiej i indyjskiej rzeczywistości.

Nazwiska autorów podaję tu w angielskiej transkrypcji:

Mahasweta Devi, Humayun Ahmed, Hasan Azizul Huq, Atin Bandyopadhyay, Sirshendu Mukhopadhyay, Sunil Gangopadhyay, Tilottama Majumdar, Abul Bashar, Samaresh Majumdar, Ashapoorna Devi, Joy Goswami.


Opowiadania mają różne tematy, ale łączy je depresyjna, mroczna atmosfera, pełna smutku, a czasem nawet złości i rozczarowania, wynikającego z niemożliwości pokonania różnic społecznych. Niewiele wiem o Bengalu (autorzy mają obywatelstwo zarówno bangladeskie, jak i hinduskie, narodowości są natomiast bengalskiej), ale z przedmowy dowiedziałam się, że największą traumą tego regionu był podział na hinduski stan Bengal Zachodni i tzw. Wschodni Pakistan (dzisiejszy Bangladesz), co doprowadziło do przesiedleń, wykorzenienia całych pokoleń, rozdzielenia rodzin. Ten temat jak cień przewija się w opowiadaniach autorów różnego wieku, pochodzenia społecznego, a nawet kraju zamieszkania.

topolrudisWielkie i pozytywne wrażenie zrobiły też na mnie dwie książki czeskich autorów: Chladnou zemí Jáchyma Topola oraz Konec punku v Helsinkách Jaroslava Rudiša. Ich recenzje ukażą się w najbliższym, piątym numerze Archipelagu.

środa, 06 kwietnia 2011
Nowy Archipelag!

archipelagAch, jakie to wspaniałe uczucie, kiedy wychodzi nowy numer Archipelagu! Widzieć swoje teksty w pięknej szacie graficznej to prawdziwa przyjemność.

W  tym numerze, już czwartym, tematem przewodnim jest "przemijanie". Pismo mam na razie przeczytane do mniej więcej połowy, i choć wszystkie artykuły są godne polecenia i bardzo ciekawe, najbardziej dotknął mnie tekst Małgorzaty Wardy o Sylwii Plath. Moze dlatego, że czytałam jej "Szklany klosz" w liceum, nie mając pojęcia o życiorysie autorki, o jej samobójczej śmierci i nieszczęśliwym małżeństwie. Wiem, że wtedy, jako młoda siksa bez głębszych doświadczeń życiowych, nie zrozumiałam tej książki ani w ząb. Jej fragment wybrała zresztą dla mnie moja polonistka na konkurs recytatorski - nie byłam w stanie tchnąć w niego życia, bo go zwyczajnie nie czułam.

Po przeczytaniu tego archipelagowego feletonu nabrałam ochoty, by odświeżyć sobie Sylvię, jej powieść, jej wiersze. Wiele przez te lata przeżyłam, bardzo się zmieniłam (mój boże ile to lat temu było liceum, matura?... Ach to przemijanie!). Myślę, że teraz zupełnie inaczej odebrałabym zwierzenia pisarki. Chyba pobiegnę od razu do biblioteki...

A Archipelag można ściągać tu.

Ja w tym numerze napisałam trzy recenzje: na str. 25 powieści Anne B. Radge "Ziemia kłamstw" (niezbyt pochlebna, bo książka mnie rozczarowała), na str. 77 dwóch książek czeskiego autora Tomáša Zmeškala "Milostný dopis klínovým písmem" i "Životopis černobílého jehněte", a na str. 80 "Pravidla směšného chování" Emila Hakla, którego książka "O rodzicach i dzieciach została przetłumaczona na polski i o której piszę na blogu tu.

niedziela, 27 marca 2011
Opowieść ratuje

Opowieść ratuje, wykupuje z cienia zagłady, ba, nawet zwraca życie temu, co odeszło. Przywiązanie do rzeczy, poczucie, że nie mógłbym żyć bez dachu domu naprzeciwko, a najprawdopodobniej też niejeden aspekt tego, co nazywamy miłością do ojczyzny, to tak naprawdę nieczyste sumienie, świadomość, że gdyby "to wszystko" dziś się zapadło pod ziemię, zniknie niepoznane; nie będę w stanie nic o tym rozsądnego opowiedzieć; nie odkryłem tego, tylko się do tego przyzwyczaiłem, tylko bez tego "nie umiem sobie wyobrazić życia". Gdybym te rzeczy zamknął w opowieści, przyswoił sobie aktem opowiadania, strach o nie by się zmniejszył, pogodziłbym się z ich końcem, tak jak dzięki innej opowieści jestem pogodzony ze swym.*

Přemysl Rut

 

Podoba mi się ten cytat, bo ja bardzo jestem przywiązana do rzeczy i bardzo obawiam się ich utraty. Są one dla mnie nośnikami wspomnień. Z sentymentem patrzę na okna mieszkań, które kiedyś wynajmowałam. Z Pragi, z Czech, które stały mi się ojczyzną, nie chcę wyjeżdżać, wszystko we mnie protestuje na samą myśl. Nawet starych ubrań nie potrafię wyrzucać, bo każda wyciągnięta koszulka, znoszony but jest jak magdalenka, siadam podczas porządkowania szafy na podłodze, utracone, zapomniane powraca, i choć czasem to boli, to jest moja walka z pustką. Boję się, że jak wyrzucę, jak odejdę, to zapomnę i w ten sposób utracę część siebie.

 

*Tłumaczenie cytatu z czeskiego moje. Cytat pochodzi z książki Děj a dějiště (1995), ale ja znalazłam go na obwolucie innej książki Přemysla Ruta pt. Náměsíčný průvodce Prahou (Lunatyczny przewodnik po Pradze), będącej zbiorem lekko fantastycznych, cortazarowskich w duchu, pełnych niezwykłego ciepła opowiadań o Pradze i jej dawnych mieszkańcach.

sobota, 26 marca 2011
Jaroslav Rudiš: Potichu

potichuCzytuję od czasu do czasu w różnych artykułach narzekania, że polscy pisarze uciekają od pisania o współczesności. Brakuje wielkiej powieści, która stworzyłaby "bohatera naszych czasów" i w inteligentny a zarazem intymny sposób zdiagnozowała współczesne zjawiska, takie jak terroryzm, emigracja, rozpad rodziny itp. Nie wiem, czy to prawda, ale na pewno tych tematów nie boi się pewien Czech.

Jaroslav Rudiš nie jest całkiem nieznany polskiemu czytelnikowi, po polsku wyszła jego debiutancka powieść Niebo pod Berlinem oraz trzyczęściowy komiks z czesko-niemiecko-polskiego pogranicza (Biały potok, Dworzec Główny i Złote góry). Jego powieść Potichu (Cicho), którą właśnie przeczytałam, przypominała mi filmy Alejandra Gonzáleza Iñárritu, np. Amorres Perros. Podobieństwo dotyczy przede wszystkim mozaikowej fabuły, która ma kształt splecionej siatki losów kilku bohaterów. Książka czeskiego pisarza nie ma jednak nic z dramatyzmu i tragiki wydarzeń z filmów meksykańskiego reżysera, jest o wiele bardziej intymna, spokojna, wyciszona właśnie. Fabuła przedstawia jeden dzień z życia kilku bohaterów, których ścieżki przecinają się od czasu do czasu na ulicach Pragi. Jest to bardzo ciekawy zabieg, bo pisarz najpierw pozwala zajrzeć nam do wnętrza myśli i uczuć danego boahtera, a potem pokazuje jak stereotypowo widzą go inni. Chuda dziewczyna z tatuażem na ramieniu, motorniczy tramwaju, emeryt w znoszonej brązowej kurtce. Widzimy ich z perspektywy przechodnia, a o stronę dalej wchodzimy do ich sypialni, ich głów i serc. Bohaterzy książki to ludzie mocno zagubieni we współczesnym świecie, poszukujący swojej ścieżki.

Tematem przewodnim książki jest kontrast cisza-hałas. Bohaterom wszędzie towarzyszy rockowa i punkowa muzyka, współczesna Praga tętni od hałasu samochodów, tramwajów, koncertów, telewizyjnych wiadomości. Pisarz diagnozuje współczesne chowanie się w hałas jako ucieczkę od przerażającej rzeczywistości. Raz po raz pojawiają się telewizyjne obrazy wojny w Iraku i metafora płonących brzegów Europy. Ludzie nie chcą tego widzieć ani słyszeć, nie chcą wsłuchać się nawet w samych siebie, boją się ciszy. Przeciwko hałasowi walczy Vladimir, ów emeryt w znoszonej kurtce. Sam widzi beznadziejność swej walki, ale na końcu książki jedna z bohaterek, Hana, wsłucha się na ławeczce na Letnej w ciszę miasta i samej siebie. A inna, Vanda (ta z tatuażem), ogłuszona będzie leżeć na chodniku i zobaczy spadające gwiazdy. A co z tego wyniknie? Czy ktoś kogoś zdecyduje się kochać, czy odnajdzie swoją drogę? Autor zostawia zakończenie otwarte.

A ja po lekturze mam wrażenie, że mało kto potrafi, tak jak Rudiš, pisać o nas, o naszej szybkiej i hałaśliwej rzeczywistości. Z taką wrażliwością i talentem. Choć nie jestem Czeszką, poznaję się w tej książce, to powieść o moim pokoleniu, jego dylematach, zagubieniu. Przekład polski raczej się nie szykuje, ale gorąco polecam wspomnianą na początku debiutancką powieść Rudiša oraz komiks o Aloisu Nebelu.

środa, 23 marca 2011
Harry Thürk: Godzina martwych oczu

Lubię błądzić po bibliotece, kiedy Fri śpi w wózku, i wypożyczać książki na chybił trafił, na podstawie pierwszego wrażenia, jakie zrobi na mnie okładka, opisy na obwolucie, losowo przeczytany akapit.

Tak też wpadła mi w ręce powieść niemieckiego pisarza Harrygo Thürka Godzina martwych oczu (tytuł org. Die Stunde der toten Augen, ja czytałam czeski przekład pt. Hodina mrtvých očí). Zainteresowała mnie w sumie z jednego powodu: doczytałam się na okładce, że autor pochodzi ze Górnego Śląska, podobnie jak ja, a w książce zajmuje się narastającym procesem deziluzji wśród młodych żołnierzy Wermachtu na końcu wojny, kiedy już jasne staje się, kto ją wygra. Nie zdarza się mi praktycznie sięgać po książki wojenne, ale nie żałuję mojej spontanicznej decyzji.

Powieść ma częściowo autobiograficzny charakter, bo w czasie wojny młody pisarz służył w elitarnej jednostce spadochroniarzy w Prusach Wschodnich, podobnie jak jego bohaterowie. Spadochroniarze to w podaniu Thürka doskonale wyszkoleni profesjonalni mordercy, którzy co jakiś czas bywają zrzucani „na akcję” za linię frontu. Cichym sposobem, najczęściej nożem, mordują radzieckich strażników, wysadzają w powietrze pociąg. Innym razem wprowadzają radzieckie samochody wojenne do przygotowanej pułapki, mordując po kolei kierowców i załogę. Zakładają miny na drogach. Potem równie cicho przedzierają się przez las, by dotrzeć na umówione miejsce, gdzie ląduje samolot zabierający ich z powrotem na niemiecką stronę. Wielu z nich nie wraca. Czas między akcjami spędzają bezczynnie w opuszczonej wiosce blisko frontu, gdzie są zakwaterowani, grając w karty, pijąc na umór w na pół zburzonym kościele, jeżdżąc za prostytuującymi się wieśniaczkami do sąsiednich miejscowości.

Główni bohaterowie to dwaj przyjaciele, Walter Zadorowski, zwany Zado, oraz Thomas Bindig. Zado, mimo nazwiska, nie ma z Polakami nic wspólnego, pochodzi z Düsseldorfu. Jest cyniczny, rozczarowany, nie wierzy w nic, a już najmniej w nazistowską ideologię. Przed wojną pracował w varieté jako nożownik, zjeździł całą Europę. Do wojska musiał wstąpić, żeby nie znaleźć się w więzieniu za pijacką burdę z politycznym podtekstem (rozbił gębę naziście i niewybrednymi słowami skrytykował niemiecki hymn).

Thomas Bindig jest z innej gliny ulepiony, to marzyciel, który stracił całą rodzinę w alianckich bombardowaniach. Przed wojną pracował w bibliotece. Teraz zakochuje się w Annie, samotnej kobiecie z opuszczonego gospodarstwa za wsią, która, choć wiele w życiu wycierpiała, nie potrafi przejść obojętnie koło ludzkiej krzywdy, i nie obchodzi ją, czy potrzebującym pomocy jest Rosjanin czy Niemiec. W reminiscencjach z młodości Anny pojawia się postać jej dawnego pracodawcy, żydowskiego dentysty, który był jedyną dobrą dla niej osobą w całym jej życiu, i którego sąsiedzi zatłukli niemal na śmierć na jej oczach, a potem z całą rodziną wywieźli do obozu.

Thomas to delikatny chłopak, a takich najłatwiej zindoktrynować. Pisarz nie kryje, że indywidualista Zado to raczej wyjątek, za to z takich młodych i zagubionych, jak Bindig, propaganda produkowała oddanych sprawie żołnierzy jak na taśmie. Ale pomimo charakterowych różnic, z obydwu przyjaciół wojenna maszyneria zrobiła to samo, zimnych morderców, którzy nie mają odwagi wysiąść z tego rozpędzonego pociągu, do jakiego ich wsadzono, choć zmierza on prosto w przepaść. Gorzałka i panienki uspokajają palące sumienie (tytułowe martwe oczy zabitych), gorycz, nienawiść do samych siebie i do przełożonych, a o tym dowództwo doskonale wie, więc jednego ani drugiego w jednostce nie brakuje.

Największą zaletą tej powieści są świetnie zarysowane, pełnokrwiste postaci, z którymi łatwo się utożsamić i im współczuć. Wzruszająca jest miłość Thomasa i Anny, która rodzi się w warunkach totalnie nie sprzyjających jakimkolwiek sentymentom. Wadą jest natomiast bezkrytyczne, idealizujące spojrzenie na Armię Czerwoną. Razi to dosyć współczesnego czytelnika, który o prawości i dobrych zamiarach radzieckiej armii w czasie II wojny światowej nie ma już żadnych iluzji. Czytając życiorys pisarza trudno jednak się dziwić, że przedstawia Sowietów jako idealistów walczących za dobrą sprawę i chcących „nauczyć Niemców zbudować nowy, lepszy kraj”. Powieść po raz pierwszy została opublikowana w 1957 roku, a Harry Thürk żył i tworzył w Niemczech Wschodnich. Abstrahując już do faktu, że sam w czasach młodości bywał zaangażowany w socjalistyczną ideologię, traktując ją jako jedyne właściwe remedium na faszyzm, po prostu nie mógłby napisać inaczej, chcąc, by rzecz została opublikowana.

Losy bohaterów są tragiczne, to losy ludzi, którym nie dano wyboru, a sami byli zbyt słabi, żeby się sprzeciwić. Końcowe sceny są przerażające, a cała książka wypełniona jest bardzo sugestywnym, wojennym realizmem. Wojna odarta jest z jakiejkolwiek wzniosłości, jest brudna, śmierdząca, bolesna i nie oszczędza nikogo. Wystarczy wczytać się w opisy krajobrazu: zmarznięta ziemia, pokryte brudnym śniegiem płaskie pola, stare puszki, nabojnice, wraki samochodów, wojenne odpadki. W całej książce nie ma nic estetyzującego, nic, co by ten krajobraz śmierci choć trochę upiększało. To spojrzenie człowieka, który tam był, walczył, widział śmierć i zostało w nim to do końca życia.

Harry Thürk to pisarz z imponującym dorobkiem (19 powieści i 10 kryminałów), fotoreporter i korespondent wojenny (był m.in. w Wietnamie, Kambodży, Laosie, Chinach, choć po innej stronie frontu niż ta znana z amerykańskich filmów). Jego książki przełożono na ponad 30 języków, ale nie doszukałam się w internecie jedynego polskiego tłumaczenia. Jedynie późna jego powieść „Lato umarłych snów”, również inspirowana autobiograficznie (opowiada o powojennych losach Niemców z Prudnika, rodzinnego miasta pisarza, których nowe władze szykanowały i zmuszały do ucieczki), wyszła w 2001 roku w polskim tłumaczeniu Anny Muszyńskiej w „Tygodniku Prudnickim” w odcinkach. Jednak wygląda na to, że nie znalazł się nikt, kto by ją wydał w formie książkowej. Dziwi mnie to bardzo, bo książki Thürka są raczej łatwe w czytaniu, mają wartką akcję i wyraziście zarysowane postaci, czyli to, co przeciętny czytelnik, łącznie ze mną, bardzo lubi. Czyżby wydawcy stwierdzili, że  polskiego czytelnika nie interesowałaby II wojna światowa widziana oczyma człowieka z drugiej strony frontu?


sobota, 19 lutego 2011
Pytanie o czytanie

Dyskutowaliśmy ostatnio z Chiquitem na temat czytania w ogóle. On sam, na studiach namiętny czytelnik literatury pięknej, od lat czyta tylko książki fachowe, z różnych dziedzin. Na powieści nie starcza mu czasu, czytuje sporadycznie. I zadał mi on pytanie, w czym, według mnie, czytelnik beletrystyki jest lepszy, od tego, kto czyta np. książki o II wojnie światowej, budowie robotów, florze Afryki czy filozofii Kanta? Jeden i drugi czyta ze zrozumieniem tekst, dla jednego i drugiego czytanie to hobby i pasja. Co zyskuje więcej czytelnik beletrystyki? Czy zyskuje coś więcej?

Muszę się nad tym zastanowić.

środa, 24 listopada 2010
Emil Hakl: O rodzicach i dzieciach

o rodicich a detechO rodzicach i dzieciach to niewielka książeczka, której akcja toczy się w ciągu jednego długiego popołudnia. Czterdziestodwuletni narrator spotyka się ze swym siedemdziesięciojednoletnim ojcem, rozmawiają, leją do siebie kolejne piwa i jałowcówki, spacerują przez zapomniane uliczki praskich dzielnic Troja, Bubeneč, Dejvice. Wiodą przy tym nieustający dialog, opowiadają sobie anegdoty, dyskutują o modelach samolotów i kobietach, kłócą się i strofują, zawzięcie dyskutują, by za chwilę zrezygnować i zacząć o czymś z całkiem innej beczki. Jeden drugiego irytuje swymi opiniami, a rozmowa toczy się na prawach nieustającego dryfowania po morzu wspominek i historyjek.

Bohaterowie lawirują gdzieś między knajpianym koleżeństwem, a stosunkiem rodzic-dziecko. Chcieliby być szczerzy i naprawdę się o to starają, ale ze swych ról nie mogą, nie potrafią i nie chcą wypaść. W synu nieraz gotuje się krew, kiedy ojciec znowu zaczyna go pouczać, wyciąga na światło dzienne te same stare wyświechtane frazesy, zadaje te same pytania, albo mówi tak głośno, że słyszy go cała gospoda. Ale irytacja wymienia się za chwilę z męską czułością i melancholijną świadomością, ze to może być ich ostatnie spotkanie. Między wierszami przebłyskują gdzieś stare wyrzuty, willa, którą przepił ojciec, chorobliwie pedantyczna matka, rozwód rodziców, ale już od dawna jest dla bohatera jasne, jak małe ma to wszystko znaczenie. Tak naprawdę liczy się tylko to, że im z ojcem na sobie zależy, i że pomimo tego tak mało się znają.

Powieść Hakla to książka o tym, jak wielki dystans dzieli rodziców i dzieci i jak trudne są to role. Ojciec i syn potrafią się nawzajem zrozumieć, ale ważne jest to, że się starają, mówią i słuchają się wzajemnie. Przewracają często nad sobą oczyma, ale cieszy ich to wspólne popołudnie, ten pijany spacer, który ich do siebie zbliża, jak most nad przepaścią. Ich rozmowa jest lekka i dowcipna, choć nie pozbawiona melancholijnej głębi, a wszystkie anegdotki, nawet najbardziej smutne i straszne, pozbywają się tego smutku i straszności dzięki formie, w jakiej są opowiedziane. Hakl to uczeń Hrabala, jego historie sprawiają czasem, że czytelnikowi lecą łzy ze śmiechu, a innym razem włosy stają dęba na głowie. Są tu wspomnienia z młodości ojca w Chorwacji, dokąd emigrowali przed wojną jego rodzice, dawni przyjaciele i kobiety, oraz co im się przytrafiło, nawet historie o duchach i inne horrory, jak np. anegdotka o tym, jak czyjeś dzieci ugotowały żywego kota w pralce. Rzeczy poważne i rzeczy śmieszne, znaczące i bez znaczenia, osobiste i gdzieś tam zasłyszane mieszają się, przeplatają, a bohaterowie skaczą od tematu do tematu, jakby nie mogli się nagadać, jakby chcieli sobie za to jedno popołudnie powiedzieć wszystko, co nie zdążyli przez całe życie. Rozstają się dopiero w nocy, nieźle już wstawieni, a bohaterowi nagle przychodzi do głowy stare wspomnienie z dzieciństwa, które we wzruszający sposób podsumowuje całą książkę:

Przyniósł skądś wtedy pudło pełne samochodzików, a ja oszalałem ze szczęścia i dałem mu buziaka a on w roztargnieniu zaprotestował: „Ale proszę ja ciebie, nie przesadzaj, faceci się nie całują, przecież jesteś już duży...” Najprawdopodobniej to miała być tylko taka wychowawcza retoryka. Tylko że to był ostatni buziak, który ode mnie w życiu dostał. Raz, po latach, zdarzyło się, że chciał jednego, kiedy leżał w szpitalu przed operacją, a ja nad nim stałem z reklamówką pomarańcz. Ale już się po prostu nie dało. (tłum. moje).

Emil Hakl: O rodičích a dětech, wyd. Argo, Praha 2002. (wyd. polskie w tłumaczeniu Jana Stachowskiego, O rodzicach i dzieciach, Pogranicze 2007).

wtorek, 12 października 2010
Junot Diaz: The Brief Wondrous Life of Oscar Wao

oscar wao

Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao to książka napisana w Spanglish przez amerykańskiego autora pochodzącego z Dominikany. Junot Diaz z wielką werwą miesza oba swe języki, angielski i hiszpański, a wychodzi z tego niesamowicie żywy, innowacyjny styl. To książka jak najbardziej „gadana”, pulsująca energią, pełna wyrażeń z potocznego języka i oryginalnych nawiązań do literatury si-fi i fantasy, zwłaszcza Tolkiena. Diaz nieustannie używa metafor rodem z Władcy pierścieni by opisać historię jednej dominikańskiej rodziny na tle potwornej dyktatury Rafaela Leonidasa Trujillo Moliny. Czyni tak nie tylko dlatego, że główny bohater Oscar jest zatwardziałym miłośnikiem tolkienowskiej trylogii i całego gatunku, ale także by pokazać, że rzeczywistość bywa (zwłaszcza w latynoskim świecie) tak wyrafinowanie okrutna, jak żadnemu autorowi si-fi nie śniło się w najgorszych koszmarach. Krótko mówiąc Sauron Leonidasowi Trujillo nie dorasta do pięt.

Oscar de Leon (Wao to ksywka nadana mu podczas studiów) nie ma łatwego życia. Jest bardzo nietypowym Latynosem, który nie pasuje do żadnej szufladki. To dziwak i samotnik, który nie potrafi rozmawiać z dziewczynami, ma potężną nadwagę i zwyczaj mówić wyszukaną, książkową angielszczyzną. Nie ma przyjaciół, w szkole i w college'u jest obiektem nieustających żartów, chodzi wiecznie zakochany w pięknościach, które w najlepszym razie traktują go jako kolegę, w najgorszym odsuwają się ze wstrętem. Nigdy nie dotknął ani nie pocałował dziewczyny. Ucieka w świat gier RPG i książek, gdzie wojowniczy bohaterowie bojują ze złem, a miłość zawsze wygrywa.

Wraz z nim poznajemy jego buntowniczą siostrę Lolę, która pragnie przede wszystkim uciec od niekochającej, odrzucającej matki. Podobnie jak brat, czuje się ona przytłoczona swą rodziną i jej tragiczną przeszłością, lecz w odróżnieniu od niego ucieka nie w depresję, lecz w bunt. Lola to ostra dziewczyna, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Lecz walczyć jej przyszło z nie byle kim, bo Beli, matka obojga bohaterów to kobieta zatwardziała, nieszczęśliwa, nie potrafiąca kochać, złamana przez los.

Beli to najbardziej skomplikowana i nieszczęśliwa postać książki. Pech, fatum, które prześladuje całą rodzinę i cały kraj, na Hypatii Belicii Cabral odbiły się najmocniej. Jej dzieciństwo i młodość, do których autor się zagłębia, to jedno pasmo cierpienia i zła. Beli nosi blizny nie tylko na ciele, ale i na duszy. To, co ją spotkało, zostało niby zapomniane i pogrzebane w podświadomości, ale i tak odbija się na jej dzieciach, prześladuje je i niszczy. W powieści wszystko wyjaśniane jest działaniem klątwy, fuku, którą możemy brać dosłownie, ale i jako wielką metaforę niszczącego działania historycznych traum na następne pokolenia. Czy fatum kiedykolwiek zostanie złamane?

Junot Diaz, pragnąc dobrać się do źródeł tego zła, sięga jeszcze głębiej, przytaczając dzieje dziadków Oscara, opowieść o Upadku rodziny Cabral. Beli jest jedyną ocalałą z pogromu, jaki zgotował jej rodzicom i rodzeństwu reżym Trujillo. Jest swego rodzaju uniwersalną Dominikanką, kobietą, której nieszczęśliwe życie, ale też temperament i siła charakteru, odbija w sobie tragedię całego narodu, utrzymywanego przez całe dekady w strachu przed torturami, obozami śmierci, donosami, politycznymi mordami. Fuku nie opuszcza swych ofiar ani do trzeciego pokolenia, prześladuje dzieci i wnuki, jest przekazywany z generacji na generację. Wszyscy Dominikanie, jak przodkowie Oscara w jego wizji, jadą tym samym przepełnionym autobusem guagua, który prowadzi Złota Mangusta, a konduktorem jest Człowiek Bez Twarzy.

Wyżej wymienione nadprzyrodzone istoty to nie tylko metafory, ale realne postaci, które pojawiają się w kluczowych momentach powieści. Dlatego książka Diaza z pewnością zawiera w sobie echa słynnego realizmu magicznego, ale zarazem ostra ironia, czarny humor i komizm stylu sprawiają, ze ani trochę nie czujemy, żeby cokolwiek było tu powielane po autorach „boomu”. Tak świeżego, boleśnie ostrego spojrzenia na rzeczywistość dawno nie było.

Książkę czytałam w oryginale, czyli po angielsku z hiszpańskimi wstawkami. Wiem, że została wydana już po polsku przez Znak w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego, nie mam pojęcia jak tłumacz się z tym uporał, ale jeśli tylko ktoś czyta po angielsku i choćby liznął hiszpański, polecam oryginał. Co prawda wielu dominikańskich wyrażeń nie znajdzie w żadnym słowniku, ale łatwo domyślić się z kontekstu, o co chodzi. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie nawet wyobrazić polskiego przekładu tego dzieła, tak wyrazistym i unikatowym stylem jest ono napisane. Na zakończenie przytoczę szalenie sugestywny opis ulic Santo Domingo, podczas czytania którego miałam cały czas przed oczyma Bogotę (minus tropikalny upał, w stolicy Kolumbii jest z racji wysokości raczej chłodno).

The beat-you-down heat was the same, and so was the fecund tropical smell that he had never forgotten, that to him was more evocative than any madeleinde, and likwise the air pollution and the thousands of motos and cars and dilapidated trucks on the roads and the clusters of peddlers at every traficc light (so dark, he notices, and his mother saind, dismissively, Maldito haitianos) and people walking languidly with nothing to shade them from the sun and the buses that charged past so overflowing with passengers that from the outside they looked like they were making a rush delivery of spare limbs to some far-off war and the general ruination of so many of the buildings as if Santo Domingo was the place that crumbled crippled concrete shells came to die - and the hunger on some of the kids' faces, can't forget that - but also it seemed in many places like a whole new country was materializing atop the ruins of the old one.

Junot Díaz: The Brief and Wondrous Life of Oscar Wao, Faber and Faber, London 2009.

 
1 , 2
ARCHIPELAG
Shelfari: Book reviews on your book blog